Najnowsze opinie pracowników, klientów i kandydatów do pracy o Sanitec-Koło w Włocławek. Uwaga na odlewni misek zwiększają normy!!! Na rimfree mają być trójki (dwóch mężczyzn i kobieta). Mają robić 4 nalewy, czyli zwiększają normę dwukrotnie, wcześniej robiła kobieta z mężczyzną 2 nalewy. Śmieszni ludkowie z góry Pierwsza lepsza recesja globalna i złotówka poleci na pysk na szyję i przez Ma rację, strefa Euro to nie jest ziemia obiecana. Jednak jest 100x bezpieczniejsza i stabilniejsza od polskiej poniższy tekst o tym, jak podrywać na Tinderze, napisany jest z męskiej perspektywy, ale rady w nim zawarte są uniwersalne, więc jeśli jesteś dziewczyną, również śmiało możesz z nich korzystać. Pamiętam jak na początku 2014 roku Tinder wchodził do Polski i siedzieli na nim głównie ludzie z branży startupowo-mediowej. Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. () To razem mamy właśnie tyle, () żeby założyć wielką fabrykę… Może kogoś zaskoczę, a może nie, ale celem projektu, który zapoczątkowało powstanie Amber Gold, wcale nie było oszustwo. Wcale nie chodziło o to by wyciągnąć kasę od naiwnych i uciec z zagrabionymi pieniędzmi. Ale oni przyszli do Policji w innych celach niż ja.”. Ja nie mam nic, ty nie masz nic. Zarobić zawsze można. 10 sierpnia 2022, środa. „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę. — Tak, a nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic — zaśmiał się głośno. — To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę. Cóż stracimy? Zarobić zawsze można — dorzucił po chwili. — Zresztą, albo robimy interes, albo interesu nie robimy. Powiedzcie raz eszcze. . Dzisiaj odbędzie się debata "Wpływ inwestycji w infrastrukturę związaną z uprawianiem golfa na rozwój gmin i regionów" - na pytania, które znikają ze strony Burmistrza nie uzyskam odpowiedzi. Nie ja pierwszy, nie ostatni. W sprawie ŚOB, są jeszcze inne kwestie: to że impreza jest prywatna, nie znaczy, że nie należy pytać o jej sens ekonomiczny: o konkurencji w pobliżu pisałem, z większych ośrodków, wyłącznie Rybnik może być zainteresowany (pola 18 dołkowe Pszczyna, Siemianowice; pole 9 dołkowe Bytom); z rozmów z osobami, które realnie działają na rzecz rozwoju Golfa, wynika, że nie ma potrzeby budowy nowego pola; co stanie się z siedliskami, jeśli się nie uda? kto i za czyje pieniądze posprząta? dziwi też pośpiech: popołudniowe spotkania z radnymi o nieznanym statusie (w przypadku komisji, brać w niej mogą udział mieszkańcy); złożone przez ŚOB wnioski zgłoszeń / pozwoleń bez wcześniejszej akceptacji RM, choć ŚOB jest dotowany z pieniędzy miejskich; brak koncepcji, która potwierdzałaby wszystkie obietnice - m. in. dostępność terenu; sposób podziału kosztów - zazwyczaj pole 18 dołkowe to ok. 60 ha, może Golf Club utrzymywał będzie wyłącznie dołki? inicjatorzy mają głowę na karku: "tajność" całego zamierzenia budzi uzasadnione obawy, że nie chodzi o żaden społeczny interes; wartość 1 ha gruntu to pewnie ok. 25 000 zł/ha (ostatnio wspominana cena to 17 zl/m2, ale wydaje się zaniżona) zapewne w wieloletniej dzierżawie; teren będzie przez te lata "zajęty" więc nie wiadomo, czy będzie możliwość zmian jeśli następca obecnego burmistrza będzie miłosnikiem skoków narciarskich i w tym upatrywał będzie pomyślność gminy. Może powody są jeszcze inne powody. I. Łódź się budziła. Pierwszy wrzaskliwy świst fabryczny rozdarł ciszę wczesnego poranku, a za nim we wszystkich stronach miasta zaczęły się zrywać coraz zgiełkliwiej inne i darły się chrapliwymi, niesfornymi głosami, niby chór potwornych kogutów, piejących metalowymi gardzielami hasło do pracy. Olbrzymie fabryki, których długie, czarne cielska i wysmukłe szyje — kominy, majaczyły w nocy, w mgle i w deszczu — budziły się zwolna, buchały płomieniami ognisk, oddychały kłębami dymów, zaczynały żyć i poruszać się w ciemnościach, jakie jeszcze zalegały ziemię. Deszcz drobny, marcowy deszcz pomieszany ze śniegiem padał wciąż i rozwłóczył nad Łodzią ciężki, lepki tuman; bębnił w blaszane dachy i spływał z nich prosto na trotuary, na ulice czarne i pełne grzęskiego błota, na nagie drzewa przytulone do długich murów, drżące z zimna, targane wiatrem, co zrywał się gdzieś z pól przemiękłych i przewalał się ciężko błotnistemi ulicami miasta, wstrząsał parkanami, próbował dachów i opadał w błoto i szumiał między gałęziami drzew i bił niemi w szyby nizkiego, parterowego domu, w którym nagle zabłysło światło. Borowiecki się obudził, zapalił świecę i równocześnie budzik zaczął dzwonić gwałtownie, wskazując piątą. — Mateusz, herbata! — krzyknął do wchodzącego lokaja. — Wszystko gotowe. — Panowie śpią jeszcze? — Zaraz będę budził, jeśli pan dyrektor każe, bo pan Moryc mówił wieczorem, że chce dzisiaj spać dłużej. — Idź obudź. — Klucze już brali? — Sam Szwarc wstępował. — Telefonował kto w nocy? — Kunke był na dyżurze, ale odchodząc nic mi nie mówił. — Co słychać na mieście? — pytał prędko, prędzej jeszcze się ubierając. — A nic, ino zaś na Gajerowskim rynku zażgali robotnika. — Dosyć, ruszaj. — Ale, spaliła się też fabryka Goldberga, na Cegielnianej. Nasza straż jeździła, ale wszystko dobrze poszło, ostały tylko mury. Z suszarni poszedł ogień. — Cóż więcej? — A nic, wszystko poszło fein, na glanc — zaśmiał się rechocząco. — Nalewaj herbatę, ja sam obudzę pana Moryca. Ubrał się i poszedł do sąsiednich pokojów, przechodząc przez stołowy, w którym wisząca u sufitu lampa rozrzucała ostre, białe światło na stół okrągły, nakryty obrusem i zastawiony filiżankami i na samowar błyszczący. — Maks, piąta godzina, wstawaj! — zawołał, otwierając drzwi do ciemnego pokoju, z którego buchnęło duszne, przesycone zapachem fiołków powietrze. Maks się nie odezwał, tylko łóżko zaczęło trzeszczeć i skrzypieć. — Moryc! — zawołał do drugiego pokoju. — Nie śpię. Nie spałem całą noc. — Dlaczego? — Myślałem o tym naszym interesie, trochę sobie obliczałem i tak zeszło. — Wiesz, Goldberg się spalił dzisiaj w nocy i to zupełnie „na glanc”, jak Mateusz mówi... — Dla mnie to nie nowina — odpowiedział, ziewając. — Skąd wiedziałeś? — Ja miesiąc temu wiedziałem, że on się potrzebuje spalić. Dziwiłem się nawet, że tak długo zwleka, przecież procentów mu nie dadzą od asekuracyi. — Miał dużo towaru? — Miał dużo zaasekurowane... — Bilans sobie wyrównał. Roześmiali się obaj szczerze. Borowiecki wrócił do stołowego i pił herbatę, a Moryc, jak zwykle, szukał po całym pokoju różnych części garderoby i wymyślał Mateuszowi. — Ja tobie zbiję ładny kawałek pyska, ja ci z niego czerwony barchan zrobię, jak mi nie będziesz składał wszystkiego porządnie. — Morgen! — krzyknął przebudzony wreszcie Maks. — Nie wstajesz? Już po piątej. Odpowiedź zagłuszyły świstawki, które się rozległy jakby tuż nad domem i ryczały przez kilkanaście sekund z taką siłą, aż szyby brzęczały w oknach. Moryc, w bieliźnie tylko, z paltem na ramionach, usiadł przed piecem, w którym wesoło trzaskały szczapy smolne. — Nie wychodzisz? — Nie. Miałem jechać do Tomaszowa, bo Weis pisał do mnie, aby mu sprowadzić nowe gremple, ale teraz nie pojadę. Zimno mi i nie chce mi się. — Maks, także zostajesz w domu? — Gdzie się będę spieszył? Do tej parszywej budy? A zresztą wczoraj się z fatrem pożarłem. — Maks, ty źle skończysz przez to żarcie się ciągłe i ze wszystkimi! — mruknął niechętnie i surowo Moryc, rozgrzebując pogrzebaczem ogień. — Co cię to obchodzi! — krzyknął głos z drugiego pokoju. Łóżko zatrzeszczało gwałtownie i w drzwiach ukazała się wielka figura Maksa, w bieliźnie tylko i pantoflach. — A właśnie, że mnie to bardzo obchodzi. — Daj mi spokój, nie irytuj mnie. Karol mnie obudził dyabli wiedzą po co, a ten znowu pyskować zaczyna. Gadał głośno, nizkim, silnie brzmiącym głosem. Cofnął się do swojego pokoju i po chwili wyniósł całą garderobę, rzucił ją na dywan i zwolna się ubierał. — Ty nam psujesz interes tem swojem żarciem — zaczął znowu Moryc, wciskając złote binokle na swój suchy, semicki nos, bo mu się ciągle zsuwały. — Gdzie? co? jak? — Wszędzie. Wczoraj u Blumentalów powiedziałeś głośno, że większość naszych fabrykantów to prości złodzieje i oszuści. — Powiedziałem, a jakże i zawsze to będę mówił. Jakiś niechętny, pogardliwy uśmiech przeleciał mu po twarzy, gdy patrzył na Moryca. — Ty, Maks Baum, mówić tego nie będziesz, mówić ci tego nie wolno, to ja ci powiadam. — Dlaczego? — zapytał cicho i oparł się o stół. — Ja ci powiem, jeśli tego nie rozumiesz. Przedewszystkiem, co ci do tego? Co cię to obchodzi, czy oni są złodzieje, czy porządni ludzie? My wszyscy razem jesteśmy tu po to w Łodzi, żeby zrobić geszeft, żeby zarobić dobrze. Nikt z nas tutaj wiekować nie będzie. A każdy robi pieniądze, jak może i jak umie. Ty jesteś czerwony, ty jesteś radykał pons nr 4. — Ja jestem uczciwy człowiek — burknął tamten, nalewając sobie herbatę. Borowiecki, oparty o stół łokciami, utopił twarz w dłoniach i słuchał. Moryc na odpowiedź usłyszaną odwrócił się gwałtownie, aż binokle mu spadły i uderzyły w poręcz krzesła, popatrzył się na Maksa z uśmiechem gryzącej ironii na wązkich ustach, pogładził cienkimi palcami, na których skrzyły się brylantowe pierścionki, rzadką, czarną jak smoła brodę i szepnął drwiąco: — Nie gadaj Maks głupstw. Tu chodzi o pieniądze. Tu chodzi, żebyś nie wyjeżdżał z temi oskarżeniami publicznie, bo to naszemu kredytowi może zaszkodzić. My mamy założyć fabrykę we trzech; my nic nie mamy, to my potrzebujemy mieć kredyt i zaufanie u tych, co go nam dadzą. My teraz potrzebujemy być porządni ludzie, gładcy, mili, dobrzy. Jak ci Borman powie: „Podła Łódź”, to mu powiedz, że jest cztery razy podłą — jemu trzeba przytakiwać, bo to gruba fisz. A coś ty o nim powiedział do Knolla? Że jest głupi cham. Człowieku, on nie jest głupi, bo on ze swojej mózgownicy wyciągnął miliony, on te miliony ma, a my je także chcemy mieć. Będziemy mówić o nich wtedy, jak będziemy mieli pieniądze, a teraz trzeba siedzieć cicho, oni są nam potrzebni; no, niech Karol powie, czy ja nie mam racyi — mnie idzie przecież o przyszłość nas trzech. — Moryc ma zupełną prawie słuszność — powiedział twardo Borowiecki, podnosząc zimne, szare oczy na wzburzonego Maksa. — Ja wiem, że wy macie racyę, łódzką racyę, ale nie zapominajcie, że jestem uczciwy człowiek. — Frazes! stary, wytarty frazes! — Moryc, ty jesteś podły żydziak! — wykrzyknął gwałtownie Baum. — A ty jesteś głupi, sentymentalny niemiec. — Kłócicie się o wyrazy — ozwał się chłodno Borowiecki i zaczął wdziewać palto. — Żałuję, że nie mogę zostać z wami, ale puszczam w ruch nową drukarnię. — Nasza wczorajsza rozmowa na czem stanęła? — zapytał spokojnie już Baum. — Zakładamy fabrykę. — Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic — zaśmiał się głośno. — To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę. Cóż stracimy? Zarobić zawsze można — dorzucił po chwili. — Zresztą, albo robimy interes, albo interesu nie robimy. Powiedzcie raz jeszcze. — Robimy, robimy! — powtórzyli obaj. — Co to, Goldberg się spalił? — zapytał Baum. — Tak, zrobił sobie bilans. Mądry chłop, zrobi miliony. — Albo skończy w kryminale. — Głupie słowo! — żachnął się niecierpliwie Moryc. — Ty sobie takie rzeczy gadaj w Berlinie, w Paryżu, w Warszawie, ale w Łodzi nie gadaj. To nieprzyjemne słowa, nam oszczędź ich. Maks się nie odezwał. Świstawki znowu zaczęły podnosić swoje przenikliwe, denerwujące głosy i śpiewały coraz potężniej hejnał poranny. — No, muszę już iść. Do widzenia, spólnicy, nie kłóćcie się, idźcie spać i śnijcie o tych milionach, jakie zrobimy. — Zrobimy! — Zrobimy! — powiedzieli razem. Uścisnęli sobie mocno, po przyjacielsku dłonie. — Zapisać trzeba dzisiejszą datę; będzie ona dla nas bardzo pamiętną. — Dodaj tam, Maksie, taki nawias, kto z nas najpierw zechce okpić drugich. — Ty, Borowiecki, jesteś szlachcic, masz na biletach wizytowych herb, kładłeś nawet na prokurze swoje von, a jesteś największym z nas wszystkich Lodzermenschem — szepnął Moryc. — A ty nim nie jesteś? — Ja przedewszystkiem mówić o tem nie potrzebuję, bo ja potrzebuję zrobić pieniądze. Wy i niemcy — to dobre narody, ale do gadania. Borowiecki podniósł kołnierz, pozapinał się starannie i wyszedł. Deszcz mrzył bezustannie i zacinał skośnie, aż do pół okien małych domków, co w tym końcu Piotrkowskiej ulicy stały gęsto przy sobie, gdzieniegdzie tylko jakby rozepchnięte olbrzymem fabrycznym lub wspaniałym pałacem fabrykanta. Szeregi nizkich lip na trotuarze gięły się automatycznie pod uderzeniem wiatru, który hulał po błotnistej, prawie czarnej ulicy, bo rzadkie latarnie rozsiewały tylko koła niewielkie żółtego światła, w którem błyszczało czarne, lepkie błoto na ulicy i migały setki ludzi, w ciszy wielkiej a z pośpiechem szalonym biegnących na głos tych świstawek, co teraz coraz rzadziej odzywały się dokoła. — Zrobimy? — powtórzył Borowiecki, przystając i topiąc spojrzenie w tym chaosie kominów, majaczących w ciemności; w tej masie czarnej, nieruchomej, dzikiej jakimś kamiennym spokojem, fabryk, co stały wszędzie i ze wszystkich stron zdały się wyrastać przed nim czerwonymi, potężnymi murami. — Morgen! — rzucił ktoś stojącemu, biegnąc dalej. — Morgen... — szepnął i poszedł wolniej. Gryzły go wątpliwości, tysiące myśli, cyfr, przypuszczeń i kombinacyi przewijało mu się pod czaszką, zapominał prawie, gdzie jest i dokąd idzie. Tysiące robotników, niby ciche, czarne roje, wypełzło nagle z bocznych uliczek, które wyglądały jak kanały pełne błota, z tych domów, co stały na krańcach miasta niby wielkie śmietniska — napełniło Piotrkowską szmerem kroków, brzękiem blaszanek, błyszczących w świetle latarń, stukiem suchym drewnianych podeszew trepów i gwarem jakimś sennym, oraz chlupotem błota pod nogami. Zalewali całą ulicę, szli ze wszystkich stron, zapełniali trotuary, człapali się środkiem ulicy, pełnej czarnych kałuż wody i błota. Jedni ustawiali się bezładnemi kupami przed bramami fabryk, drudzy, uszeregowani w długiego węża, znikali w bramach, jakby połykani zwolna przez buchające światłem wnętrza. W ciemnych głębiach zaczęły buchać światła. Czarne, milczące czworoboki fabryk błyskały nagle setkami płomiennych okien i niby ognistemi ślepiami świeciły. Elektryczne słońca nagle zawisały w cieniach i skrzyły się w próżni. Białe dymy zaczęły bić z kominów i rozwłóczyć się pomiędzy tym potężnym kamiennym lasem, co tysiącami kolumn zdawał się podpierać i jakby chwiał się w drganiach światła elektrycznego. Ulice opustoszały, gaszono latarnie, ostatnie świstawki przebrzmiały, cisza pełna chlupotu deszczu, coraz cichszych poświstywań wiatru, rozwłóczyła się po ulicy. Otwierano szynki i piekarnie, a gdzieniegdzie, w jakiemś okienku na poddaszu, lub w suterynach, do których sączyło się uliczne błoto, błyskały światła. Tylko w setkach fabryk wrzało życie wysilone, gorączkowe; głuchy łoskot maszyn drżał w powietrzu mglistem i obijał się o uszy Borowieckiego, który wciąż spacerował po ulicy i patrzył w okna fabryk, za któremi rysowały się czarne sylwetki robotników lub olbrzymie kontury maszyn. Nie chciało mu się iść do roboty. Było mu dobrze tak chodzić i myśleć o tej przyszłej fabryce, urządzać ją, puszczać w ruch, pilnować. Tak się zatapiał w tem rozmarzeniu, że chwilami najwyraźniej słyszał około siebie i czuł tę przyszłą fabrykę. Widział stosy materyałów, widział kantor, kupujących, szalony ruch jaki panował. Czuł jakąś wielką falę bogactw płynącą mu pod stopy. Uśmiechał się bezwiednie, oczy mu wilgotnymi blaskami świeciły, na bladą, piękną twarz występowały rumieńce głębokiej radości. Pogładził nerwowo brodę mokrą od deszczu i oprzytomniał. — Co za głupstwo — szepnął niechętnie i obejrzał się dookoła, jakby z obawy, czy kto nie widział tej chwilowej słabości. Nie było nikogo, ale już szarzało, ze słabego, przemglonego świtu zaczynały powoli wychylać się kontury drzew, fabryk i domów. Piotrkowską zaczynały ciągnąć od rogatek sznury chłopskich wozów, od miasta turkotały po wybojach olbrzymie wozy towarowe ładowane węglem i platformy naładowane przędzą, bawełną w belach, surowym towarem lub beczkami, a pomiędzy nimi przemykały pospiesznie małe bryczki lub powoziki fabrykantów spieszących do zajęć, lub tłukła się z hałasem dorożka wioząca zapóźnionego oficyalistę. Borowiecki przy końcu Piotrkowskiej skręcił na lewo, w małą, niebrukowaną uliczkę, oświetloną kilkoma latarniami na sznurach i olbrzymią fabryką, która już szła. Długi czteropiętrowy budynek świecił wszystkiemi oknami. Przebrał się szybko w zafarbowaną, brudną bluzę i pobiegł do swojego oddziału. {"type":"film","id":1073,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/Ziemia+obiecana-1974-1073/tv","text":"W TV"}]} powrót do forum filmu Ziemia obiecana 2009-05-28 16:48:59 Jakie są wasze ulubione teksty z tego filmu ??? dla mnie kultowe jest 'ja nie mam nic, ty nie masz nic, więc razem mamy akurat tyle...'. żadna nowość :) LeLe ocenił(a) ten film na: 10 Innuendo "zapłaciłem, to się bawię" - stary Muller ( śmiałam się przy tym chyba głośniej niż on ;) LeLe Miałem tak samo ;D Innuendo To już teraz klasyka:) grafma ocenił(a) ten film na: 10 1. Co pan gadasz? Pan masz małe rybki w głowie!2. Robota nie gęś, ona się nie wytopi. 3. A jak każdy zapłaci, to będzie śmiały...4. Pan jesteś do niej podobny. Ona była śliczna, obszerna, duża kobieta. Pan masz pieniądze przy sobie? grafma Ja też to zapamiętała, ale chyba od końca , tzn. nr 4 na pierwszym. I z wcześniejszym tekstem : "A pańska matka, była moją kuzynką, pan wiesz? (Grunspan) Sprzedawała resztki na Piotrkowskiej (Welt) Pan jesteś do niej podobny ... itd. (Grunspan) grafma ocenił(a) ten film na: 10 I jeszcze:A w kirche co ja mam?... Cztery gołe ściany i tak pusto, jakby cały interes miał się trochę zlikwidować :) "Masz Mendel rubla. To jest prawdziwy rubel! A ty Abram dostaniesz tylko 75 kopiejek. Bo tobie się dzisiaj nie chciało. Tyś symulował śpiewanie. Ty chciałeś oszukać MNIE, co? I pana Boga?" Już za tą początkową scenę modlitwy Polaka, Niemca i Żyda powinien być Oscar. Ale ci co decydowali byli za głupi do tego filmu. undula ocenił(a) ten film na: 9 roxana33 Tak, modlitwa w otwartych oknach do Łodzi-potwora (i genialna muzyka w tle) robi ogromne wrażenie. Nie mam pojęcia, czemu Wajda w wersji z 2000r ją najbardziej rozbawiła scena, w której Muller pokazuje Borowieckiemu pałac - czyste mistrzostwo ;) użytkownik usunięty ocenił(a) ten film na: 9 undula "Nie mam pojęcia, czemu Wajda w wersji z 2000r ją wyciął."Jak to wyciął? Przecież właśnie od tych modlitw zaczął. undula ocenił(a) ten film na: 9 ok, faktycznie. Nie wiem dlaczego, ale byłam przekonana, że w tej wersji zaczyna się od odmierzania terenu pod fabrykę. roxana33 Amerykanie nie byli za głupi na ten film. Przecież "Ziemia obiecana" była nominowana do oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny. A choć film to cudowny, wygrać było ciężko, bo konkurencją był przecież "Dersu Uzała". A jak powszechnie wiadomo, "Dersu Uzała" to arcydzieło. Jeden z nich musiał przegrać. I padło na "Ziemię obiecaną". kendo777 Zresztą za takie a nie inne przedstawienie żydów, ciężko jest dostać oskara w Żydowoodzie:D piopio ocenił(a) ten film na: 10 kendo777 no jest w tym coś ;)) kendo777 Osobiście, pomimo mojego uwielbienia dla Kurosawy, uważam, że Ziemia Obiecana jest filmem lepszym niż Dersu Uzala. malonemuert Słusznie prawisz. Hej! piopio ocenił(a) ten film na: 10 nie nazwałbym tego tekstem ale scena kiedy Horn się zwalnia;) od Bucholca jest dla mnie jedna z najlepszych o ile nie najlepszą sceną w polskiej kinematografi a nawet... światowej a co tam ;)) a z śmiesznych/żałosnych to: ...wczoraj zmarł Victor Hugo - dużo zostawił? - 6 mln franków - ładny grosz - ...a w czym robił?... no i śmiech Mullera z upadku tancerki w trakcie "Jeziora łabędzi" - zapłaciłem to się bawie - to dowody na to że prostactwo u władzy w każdej epoce miał taki sam wymiar pozdrawiam wszystkich którzy jak ja uważają ze to najwiekszy polski film piopio Ja uważam, że to najlepszy polski film. A najbardziej pamiętny tekst? Ano ten wypowiedziany przez starego biednego Żyda, na pogrzebie Bucholtza: - No tak Bucholtz nie żyje! Pan wie - miał fabrykę, miał miliony. Był całym hrabią... I nie żyje. A ja nie mam nic, i w dodatku ma na jutro dwa protestowane weksle... Ale ja żyję! Pan Bóg jest dobry! Pan Bóg jest bardzo dobry. General_Minimus Może nie najlepszy, ale też dobry( jak powiedział Molibden).Bum-bum (na gazie) : Panie Welt! Panie Maurycy, czy Pan wyznajesz zwei koniak system? piopio Fakt. Klasyk nad klasykami. :) daer ocenił(a) ten film na: 8 - Dla mądrych ludzi zawsze są dobre czasy - a kiedy będą dobre czasy dla ludzi uczciwych? - Panie, oni mają swoje niebo, po co im dobre czasy?coś w tym stylu:) Horn - nie wiem czy pan jest niecierpliwy czy nie , to mnie nie interesujeBucholc - nie przerywaj pan ! (buch pięścią w stół ) Bucholc mówi !H - nie widzę przyczyny dlaczego nie ma być cicho...Bucholc ,kiedy Horn mówi pauzaB- u mnie pan już miejsca nie ma ! H bierze płaszcz podchodzi H- ja sobie robię grubą nieprzyzwoitość z pana i z pańskiego miejsca B- po za tym karze wyrzucić cię !H- spróbuj chamie B - guten srauze raus !!!H - daj spokój August nie próbuj bo tobie razem z twoim panem nadłamię żeber B - raus ! von mir hier !H -milczeć ..tyyyyy złodzie-ju ! Ty chamska mordo ! nie !...proszę mi nie przerywać ! Mnie nie interesuje czy pan jest cierpliwy czy nie ! Ja nie potrzebuje wiedzieć czy pan jest cierpliwy czy n.....Proszę mi nie przerywać !!! Ty szwabska mordo ...Ja mówię ! Horn mówi i pan będzie mnie słuchał dopóki będę tu stał i dopóki będę mówił !!! Pan niech siedzi cicho !Ja mówię !....Proszę nie...Uprzedzam pana ja nie potrzebuje wiedzieć czy pan jest cierpliwy czy nie , mi jest gancegal !Proszę mi nie przerywać ! Nie widzę przyczyny dla której miałbym być cicho kiedy pan mówi ! Nie interesuje mnie czy pan jest cierpliwy czy nie ! Żegnam pana pcsik ocenił(a) ten film na: 10 marcalina Moryc Welt: "Łódź to piękne miasto - ale co ja z tego mogę mieć...??" pcsik "Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic - To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę...." pcsik Ta... I to specyficzne spojrzenie na otaczające ul. Piotrkowską kamienice. Moryc Welt jest znakomity. A kto w tym filmie nie jest? marcalina Tak, ta scena jest nieprawdopodobna. Fronczewski na wyżynach sztuki aktorskiej. Mój absolutny numer jeden. Padłam, kiedy to pierwszy raz przeczytałam:"-Co słychać, panie Stein?-Wiktor Hugo wczoraj umarł.(...)-W czym robił?-W Hoho, w literaturze?-Tak, bo to był wielki poeta, wielki pisarz...-Niemiec? prawda! Ja zapomniałem! Przecież to jego ta, powieść, z ogniem i mieczem. Mnie Mery czytała ładniejsze kawałki z niego.""-Robota nie gęś, ona się nie wytopi. A mnie denerwuje to ciągłe szczękanie szklanek w kantorze, i to ciągłe syczenie gazu!-...Pani prezesie, przychodzimy tak wcześnie, jesteśmy bez gotują herbatę na gazie. A kto płaci za gaz? Ja! A gdzie tu jest sens? Od dzisiaj panowie będą płacili. (...) I ja to robię dla panów dobra - oni się teraz wstydzą pić herbatę. Bo ich gryzie sumnienie, że to na moim gazie. A jak każdy zapłaci, to będzie śmiały! Będzie mógł patrzeć do mnie prosto w oczy! I to jest bardzo moralne, panie Stein. Bardzo!""A cóż to za firma, protestantyzm? No? Co? Papież, to jest firma!""Gałganów diabli wezmą, ale Łódź, Łódź zawsze zostanie." Ja wiem, że jestem w tym raczej osamotniona, ale bardzo mnie wzruszyła wizyta Zuckera u Borowieckiego i jego pożegnanie z Lucy. Bo w końcu on "jest taki sam człowiek jak pan, ja tak samo czuję i tak samo mam swój kawałek honoru (...). Ja jestem Żyd. Prosty Żyd. Ja przecież pana nie zastrzelę, nie wyzwę pana na pojedynek, co ja panu mogę zrobić? Nic nie mogę panu zrobić! ...Pan wie, ona będzie miała... za parę miesięcy dziecko... pan wie, co to jest dziecko? Ja czternaście lat na to czekam, czternaście lat! (...) Pan mi musi powiedzieć prawdę!""-Mnie jest wszystko nam nie jest wszystko jedno, nam, fabryce, w której pan jesteś jednym z miliona kółek. Nie przyjęliśmy tu pana po to, żeby pan się popisywał swoją filantropią, tylko żebyś pan robił!-Nie jestem maszyną, jestem człowiekiem.""-Karol, ile może być dzisiaj milionów w teatrze? (...)-Rzeczywiście, pachnie tu cebulą i czosnkiem.""Wy wszyscy śmiejecie się z przeszłości! Tradycję nazywacie trupem, szlachectwo przesądem, a cnotę zabobonem!""Pan Stern, nasz sąsiad, nie lubi kwiatów. Powiedział, że jakby w tych doniczkach posadzić ka,kartofle, to by byl większy pożytek. ...Aaale on jest głupi, prawda?"I oczywiście wymienione już we wcześniejszych postach "dla mądrych ludzi są zawsze dobre czasy", "zapłaciłem, to się bawię", ",masz Mendel rubla", "ale ja żyję! Pan Bóg jest dobry!"... Tymi tekstami to można by obdarować kilka książek/filmów, tyle tego wyrazami szacunkuKazik Kazik_chan Wszystkie teskty Grunspana. Genialna rola !!! Kazik_chan No na mnie też ogromne wrażenie zrobiła wizyta Zuckera u Borowieckiego. Zucker będąc zamożnym człowiekiem potrafił tak odrzeć się z godności przed Borowieckiem, który perfidnie go okłamał. Rewelacyjnie jest zagrany przez Olbrychskiego moment, kiedy po złożeniu przysięgi Borowiecki jakby na moment się zawahał i odczuł, że popełnił swego rodzaju świętokradztwo. mirror_mirror Jedna z najmocniejszych scen. Hej! baca350 Dla tych co potrafią oglądać kino! Hej! baca350 Musze pooglądac jeszcze raz. Hej! baca350 I gówno, nie pooglądałem. Ale w tym roku pooglądam. Hej! baca350 FAjnie tak co rok dopisać coś. Dalej nie pooglądałem. Hej! baca350 I dalej nie pooglądałem. Oraz zablokowali mnie za nic na INNE. Chamstwo! Hej! baca350 Uważam, że ten coroczny cykl jest bardzo śmieszny. Filmozjad_pospolity Do zobaczenia za rok. Jak ten czas leci. Hej! baca350 ehes ocenił(a) ten film na: 10 baca350 2020! W tym roku sie uda! Trzymam kciuki. ehes Oglądam regularnie co pół roku albo pełnometrażowy albo serial 4-ro nie sie nie nudzi za to daje dystans do popeliny tak powszechnej wokół. erg_fw ocenił(a) ten film na: 10 „Któż na przykład w kuchni trzyma rondle bez glancu.”„To pan to sam tak urządzał panie Muller?Her von Borowiecki… ja sam płaciłem!”„Ja wszystko kupuje , bo my możemy sobie na to pozwolić” Ten film ma mnóstwo świetnych tekstów. Z początku miałem coś zacytować, ale... W tym filmie jest ogromna ilość "kultowych" tekstów, więc po co? A perełka? Moryc wjeżdża do Łodzi, rozgląda się i mówi: "Łódź piękne miasto... A co ja z tego będę miał?"Dałem 10/10 ale powinno być 20/10... rejmons No i jeszcze: Borowiecki do Maksa: "Twój ojciec coś traci?". Maks ze śmiechem: "Mój ojciec nie ma nic do stracenia oprócz honoru. A tym towarem się w Łodzi nie handluje" w tym filmie jest tyle wspaniałych tekstów ze nie sposób wszystkie wyliczyć... więc tylko kilka"zapłaciłem, to się bawię""...i tak pusto, jakby się interes miał za chwilę zlikwidować""milczeć ty złodzieju, ty chamska mordo..." - cały ten dialog"Ile zostawił? - 6 mln franków - Ładny grosz ... - w czym robił? - W literaturze...""-...ty jesteś dobry chłopak, tylko na milę cię czuć szachrajem.."no i nie wspomniany chyba w tej dyskusji tekst (i genialne szybkie wytrzeźwienie)"jestem fertig" Mój to: "Horn mówi!" AutorAutor Genialna scena. Ciekawe ile razy nagrywali? Hej! Pan zwariował. Pan masz małe rybki w głowie. Tekst kobiety z początku filmu na temat Łodzi, która chciała odszkodowanie za męża, któremu głowę odcięło w fabryce. Idealnie oddaje moją sytuację. :D lenka96 No cóż, przykre. Filmy biora się z życia. H. Sklep Książki Literatura obyczajowa Literatura obyczajowa Ziemia obiecana (okładka twarda, Wszystkie formaty i wydania (2): Cena: Opis Opis Po osiemnastu latach od pierwszego wydania powieść Reymonta ukazuje się w serii „Biblioteka Narodowa” po raz wtóry. Magdalena Popiel, autorka wstępu i opracowania utworu, przygotowała edycję Ziemi obiecanej w oparciu o aktualny stan badań nad dziełem, dzięki czemu opowieść Reymonta o budzeniu się kapitalizmu w Łodzi pod koniec stulecia dziewiętnastego została przedstawiona w pełniejszym opis pochodzi od wydawcy. Dane szczegółowe Dane szczegółowe ID produktu: 1107924893 Tytuł: Ziemia obiecana Seria: Biblioteka Narodowa Autor: Reymont Władysław Stanisław Wydawnictwo: Ossolineum Język wydania: polski Język oryginału: polski Liczba stron: 899 Numer wydania: II Data premiery: 2014-01-01 Rok wydania: 2014 Forma: książka Wymiary produktu [mm]: 175 x 30 x 122 Indeks: 17060660 Recenzje Recenzje Inne z tej serii Inne z tego wydawnictwa Najczęściej kupowane Opublikowano: pon, 1 kwi 2019 17:18 Ostatnia modyfikacja: pt, 19 cze 2020 11:11 Autor: Jan Bocian / Tomasz Talaga Nowa Ziemia Obiecana Trzeba mieć trochę odwagi i fantazji, by porzucić bezpieczną pracę doktora na Politechnice i zająć się własnym biznesem, w którym wykorzystuje się pełnię wiedzy naukowej zdobytej na uczelni. Potem, żeby utrzymać się na rynku i rozwijać firmę, trzeba być rasowym przedsiębiorcą. Lubisz newsy na naszym portalu? Załóż bezpłatne konto, aby czytać ekskluzywne materiały z Łodzi i okolic. Przeczytaj jeszcze

ziemia obiecana ja nie mam nic ty nie masz nic